Wystąpienie prezydenta m.st. Warszawy Marcina Święcickiego w 30. rocznicę wydarzeń marcowych – 6 marca 1998 roku

Drukuj

Chciałbym podzielić się z państwem wrażeniami uczestnika wydarzeń marcowych, przedstawiciela pokolenia powojennego wyżu demograficznego, które wtedy zapełniło wyższe uczelnie. Studiowałem w marcu 1968 na dwóch wydziałach, na ekonomii i socjologii, wywodziłem się z warszawskiego KIK-u, ale miałem tendencje w kierunku lewicowym, co najtrafniej wyraziła Magda Stomma podczas pożegnalnego wieczorku w KIK-u dla maturzystów. Magda narysowała moją karykaturę, przedstawiającą mnie siedzącego na fotelu, w jednym ręku trzymałem krzyż, a w drugim sierp. Z takim błogosławieństwem zdawałem na ekonomię polityczną, a potem podjąłem również studia na socjologii.

W 1968 roku odkrywaliśmy nowe cechy systemu, w którym żyliśmy. Pierwszym odkryciem, do czego system jest zdolny, było stwierdzenie, że jest zdolny do oficjalnego urzędowego antysemityzmu.

Pamiętam moje zaskoczenie, kiedy zatrzymana przez milicję w trakcie demonstracji po ostatnim przedstawieniu „Dziadów”, pod pomnikiem Mickiewicza, koleżanka opowiadała mi, że na komisariacie pytano ją, czy jest Żydówką i że rozdzielano złapanych studentów i innych demonstrantów na Żydów i nie-Żydów. Trudno było uwierzyć, że na komisariacie mogą paść takie pytania.

Odkryciem okazała się również inna obserwacja. Grupa inicjująca uniwersytecki ferment, składała się w dużej mierze ze studentów, którzy identyfikowali się z lewicą. Przypomnę, że podczas procesu Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego obecni w sądzie studenci śpiewali „Międzynarodówkę”, za co między innymi stanęli przed Komisją Dyscyplinarną na uniwersytecie, a Kuroń i Modzelewski napisali list otwarty do członków partii, chcieli istniejący system zreformować, zmienić, ale nie odrzucali go całkiem. Wiele dyskusji na uniwersytecie toczyło się wówczas w ramach ZMS, organizacji powołanej przez partię. I oto ci, należący do awangardy myślącej młodzieży, marzący o możliwej, jak sądzili, reformie systemu, najbardziej dostali po głowie. Za to siedzieli w więzieniach, byli wyrzucani z uczelni, szykanowani na wiele sposobów, choć oczywiście nie tylko oni.

Kolejnym moim odkryciem było to, że władza w Polsce nie jest monolitem, że choć wedle założeń rządziło Biuro Polityczne z Gomułką jako faktyczną głową państwa na czele, to swój niezależny udział w jej sprawowaniu ma tajna policja i bezpieka, posiadająca wpływowych przedstawicieli w rozmaitych miejscach i na różnych szczeblach. Okazało się, że w wojsku, na uczelniach, w instytutach, wydawnictwach, szpitalach najrozmaitszych placówkach to tajna policja decyduje o tym czy ktoś był chrzczony, czy nie, jak się nazywał czyjś dziadek, babka, czy występują tam żydowskie imiona i nazwiska. Preparowane są też fałszywe dokumenty i ulotki, jako rzekome dowody w informacjach, a raczej dezinformacjach przygotowywanych dla oficjalnego kierownictwa partyjno-państwowego. Gdy 19 marca słuchaliśmy przemówienia Gomułki, wygłaszanego we właściwym mu stylu, zaskoczyły nas cytowane przezeń rzekome hasła studenckie, mające służyć za dowód, iż młodzież zbuntowała si przeciw ustrojowi, przeciw partii, sojuszowi z ZSRR. Zaskoczyło nas to, gdyż dalecy byliśmy wówczas od takiego radykalizmu i tego rodzaju haseł w ogóle nie było. Nikt z nas nie wymyśliłby hasła „Zambrowski do Biura”, cytowanego między innymi w tymże przemówieniu, bo nie wiedzieliśmy, kto to jest i dlaczego akurat jego mamy chcieć w Biurze Politycznym. Takich haseł jak „Precz z ZSRR” czy „Precz z PZPR” nawet wyskandować się nie da.

Przechodziliśmy przyspieszony kurs edukacji obywatelskiej. Z dyskusji w naszym gronie, z rezolucji, z deklaracji ruchu studenckiego, z innych dokumentów opracowywanych przez naszych kolegów, w tym młodszego asystenta Jakuba Karpińskiego siedzącego tu z nami, dowiadywaliśmy się o instytucjach państwa demokratycznego. O tym, że na przykład trybunał konstytucyjny może badać i orzekać, czy ustawy są zgodne z konstytucją. Że jest coś takiego jak autonomia uczelni wyższych i nie jest to wyobrażenie idealne, lecz prawo, którego trzeba strzec. No i wreszcie, że są rozmaite uprawnienia ludzi aresztowanych…

Doświadczenia marcowe łączy się ze stłumieniem Praskiej Wiosny kilka miesięcy później. Przekonywaliśmy się, że oprócz policji wewnętrznej jest policjant zewnętrzny, który pilnuje porządku w socjalistycznym bloku w imię swoich interesów i to on wyznacza ramy reform, ramy zmian tolerowanych przez system.

Osobiście odczuwanym przeze mnie skutkiem Marca, była wtedy przede wszystkim tragedia wielu naszych kolegów, przyjaciół, z których niejeden dopiero wtedy się dowiedział, że jest jakimś innym Polakiem, obywatelem drugiej kategorii. Odczuwałem tragedię tych ludzi pozbawionych perspektyw, pozbawionych pracy, pozbawionych możliwości kontynuowania studiów i wreszcie wypędzanych z własnego kraju.

Mówiło się, że po rozwiązaniu wydziałów były na Uniwersytecie Warszawskim trzy komisje przyjmujące studentów od nowa; „komisja dziekańska, komisja rektorska i…” – każdy wiedział, jaka była ta trzecia. Kiedy w końcu, w czerwcu, cztery rozwiązane wydziały wznowiły pracę, było jasne, że czystkę przeprowadzono przed wszystkim według kryteriów rasowych, choć nie tylko.

Widziałem tragedię wszystkich wyjeżdżających kolegów. Trudno ich było zatrzymywać, bo właściwie co można było im powiedzieć, co można było im obiecać, czego mogli szukać w takiej atmosferze, przy panujących stosunkach, przy przyjęciu oficjalnie takiej linii politycznej.

Wtedy zadany został również cios polskiej kulturze, nauce i niezależnej myśli. Cokolwiek by się powiedziało o cenzurze i innych wcześniejszych ograniczeniach i indoktrynacji, to jednak do Marca istniały, powiedziałbym, wysepki wolności. Małym wprawdzie nakładem, ale ukazywały się ciekawe książki, artykuły, była dość duża swoboda wymiany myśli na wyższych uczelniach, podczas seminariów, różnego rodzaju zebrań, dyskusji. I to zostało zniweczone: przez emigrację wielu wykształconych osób z dorobkiem intelektualnym i autorytetem naukowym, przez nowe kryteria zaostrzonej cenzury, przez zmiany personalne w wydawnictwach, redakcjach i uczelniach. Nastąpiło wielkie osłabienie życia intelektualnego w Polsce, to się wyraźnie odczuwało.

Odczuwało się to wszystko jako hańbę Polski; kraju, z którego chcieliśmy być dumni, który był dumny ze swojej tolerancji, gościnności, z bogactwa wielonarodowej kultury. Wszystkie najlepsze nasze tradycje, które tworzyły mit, nie pozbawiony historycznych podstaw, legły w gruzach: w opinii światowej staliśmy się krajem antysemityzmu. Oczywiście robił to reżim, partia, władze, ale szło to na rachunek Polski, na rachunek kraju.

Trzeba przyznać, że antysemityzm istniał nie tylko oficjalnie. Rozmawiałem nieco później z kolegą – studentem ekonomii, sympatycznym, inteligentnym chłopakiem i on z głębokim przekonaniem powtarzał wszystkie te bzdury, jakie wyczytać można było w partyjnej prasie. Rzeczywiście w to wierzył. I było to moje kolejne przykre zaskoczenie, że w środowisku ludzi wykształconych takie myślenie jest możliwe.

I wreszcie, w moim przekonaniu, na co dziś mniej zwraca się uwagę, to, co się stało w Marcu, bardzo negatywnie wpłynęło na naszą gospodarkę. Wstrzymana została dyskusja nad reformami gospodarczymi. Wypędzenie wielu ludzi, którzy w dziedzinie ekonomii i gospodarki mieli coś do powiedzenia spowodowało wyjałowienie oficjalnych koncepcji i programów i zastąpienie dyskusji ideologicznym dogmatyzmem bądź woluntaryzmem. Jednym z żałosnych efektów braku poważnych, niezależnych ekspertyz stało się ogromne zadłużenie, w które popadł kraj w latach siedemdziesiątych, gdy kolejna ekipa rządząca kupowała społeczny spokój za zagraniczne kredyty, przeznaczając je na konsumpcję.

Co się stało z pokoleniem „marcowym”? Jak zostało już powiedziane, duża jego część wyemigrowała z wielkim poczuciem krzywdy, czemu trudno się dziwić. Część z nich już na emigracji wspierała krajową opozycję, pomagała przez publicystykę i inne działania, dążenia do uzyskania rzeczywistej wolności i suwerenności. Wiele osób zaangażowanych w wydarzenia marcowe, które pozostały w kraju, wybrało emigrację wewnętrzną; niektórzy wyjechali w Bieszczady, niektórzy w Góry Świętokrzyskie, inni zaangażowali się w to, co było mniej uzależnione od politycznego dyktatu. Niektórzy doszli do wniosku, że niemożliwe są w bliższej perspektywie zmiany systemu bez własnego udziału w jego strukturach. Próbowali w ten sposób coś robić dla ogólnego dobra. I wreszcie ci, którzy pozostali nieugięci, najbardziej niepokorni, najodważniejsi i gotowi do największych poświęceń, w swym działaniu najbardziej romantyczni – jak dzisiaj odznaczeni Jacek Kuroń i Karol Modzelewski. Oni utworzyli KOR, współtworzyli „Solidarność”, demokratyczną opozycję. I to właśnie oni, wydawać by się mogło, najmniej pragmatyczni, okazali się największymi realistami. Pozostali wierni swojej idei otwartej walki o Polskę wolną i demokratyczną. Ta wierność zapewniła zwycięstwo.

Czytaj również