Unia po brexicie. Mniej Europy to mniej solidarności i mniej bezpieczeństwa

Drukuj

Żeby mieć wpływ na przyszły kształt UE, Polska musi siedzieć przy stole rozmów. Jednak skonfliktowanie się z najważniejszymi graczami temu nie sprzyja.

Instytucje Unii Europejskiej powinny stać się demokratyczną reprezentacją suwerennych obywateli UE. Bez tej zmiany obywatele będą się identyfikować wyłącznie z rządami narodowymi, a nie z Unią. Unia Europejska mogłaby być ucieleśnieniem europejskiej wspólnoty wartości i celów, ale nie jest.

Liga Narodów 2.0 czy wspólnota obywateli?
Po Brexicie słychać nawoływania do przekształcenia UE w unię państw narodowych, której ideę mieli jakoby promować ojcowie założyciele wspólnot europejskich. Nic bardziej mylnego. Ojcowie założyciele od początku chcieli wyjść poza ramy współpracy rządów narodowych, na których opierała się Liga Narodów, która nie zapewniła Europie pokoju. Zaczęli od Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, w której główną instytucją była ponadnarodowa Wysoka Władza – protoplastka dzisiejszej Komisji Europejskiej.

Robert Schuman zakładał funkcjonalne rozszerzanie integracji na kolejne dziedziny życia gospodarczego i politycznego. W swej deklaracji z 1950 r. pisał: „Europa nie powstanie od razu ani w całości: będzie powstawała przez konkretne realizacje, tworząc najpierw rzeczywistą solidarność”.

Mniej Unii i jej wspólnotowych instytucji, jak tego chce PiS, a więcej państw narodowych będzie musiało oznaczać mniej solidarności europejskiej. Polska jako główny beneficjent transferów finansowych może tylko na tym tracić.

Mniej Europy oznacza również mniej bezpieczeństwa. NATO jest sojuszem militarnym na wypadek najgorszego, ale nie powinno być jedynym filarem naszego bezpieczeństwa. Trwają poważne dyskusje, jak interpretować art. 5 traktatu waszyngtońskiego i jak on w praktyce będzie działał. Ewentualny wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych może osłabić amerykańskie zaangażowanie zarówno w Europie, jak i w NATO.

Bezpieczeństwo wymaga większego zaangażowania samych Europejczyków. Tymczasem mamy w UE 28 – a wkrótce będziemy mieli 27 – budżetów obronnych, polityk zagranicznych i bezpieczeństwa, dublowanie środków na obronność na olbrzymią skalę. Europa potrzebuje więcej wspólnej polityki bezpieczeństwa i zagranicznej, wspólnej strategii wobec Rosji, Chin, Indii, Bliskiego Wschodu, w sprawach energetycznych, migracji itd.

Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” (27 czerwca) mówił, że powinna powstać wspólna armia. Zgoda. Ale przed wspólną armią musi powstać wspólnota polityczna, demokratycznie kontrolowana władza UE, która będzie zwierzchnikiem armii decydującym o jej użyciu. Jak zauważył gen. Stanisław Koziej, „nie należy stawiać wozu przed koniem.

Najpierw wspólnota polityczna, potem wojskowa”. Tę władzę mogłaby pełnić przekształcona Komisja Europejska kontrolowana przez parlament. Natomiast propozycja PiS ograniczenia UE do współpracy w pełni suwerennych państw, co wymaga jednomyślności w podejmowaniu decyzji, tak jak to było w Lidze Narodów, praktycznie wyklucza powstanie operatywnej struktury polityczno-obronnej. Znacznie więcej narody europejskie mogą osiągnąć, dzieląc się swoją suwerennością i przenosząc jej część na poziom wspólnotowy.

Ograniczenie UE do związku państw narodowych sprawi, że Rosja będzie jeszcze łatwiej prowadzić z każdym państwem osobną politykę. Europa podzielona na państwa narodowe będzie słaba i niezdolna do odpowiedzi na współczesne wyzwania. Organizacje międzynarodowe wymagają jednomyślności, dlatego Liga Narodów przed wojną – jak dziś OBWE – była tak mało skuteczna w zapewnianiu pokoju.
Efektywniej i bardziej demokratycznie
Unia Europejska potrzebuje reform, które sprawią, że będzie działać efektywniej i w sposób bardziej demokratyczny.

Komisja Europejska powinna stać się unijnym rządem wybieranym (a nie tylko akceptowanym) przez Parlament Europejski. Wzmocnieniu roli KE powinno towarzyszyć całkowite podporządkowanie PE, który stanowi demokratyczną reprezentację obywateli UE, odcięcie jej podległości od przywódców krajów skupionych w Radzie Europejskiej.

Komisja powinna reprezentować większość parlamentarną, mieć ideową barwę, do której wyborcy są przyzwyczajeni w narodowych demokracjach. Dziś w jej skład mogą wchodzić jednocześnie chadecy, socjaliści, liberałowie i konserwatyści delegowani przez narodowe rządy. Jeśli wyborca chce zmienić ideologiczny kolor Komisji, nie wie, na kogo głosować, ponieważ Komisja nie ma żadnej barwy. Nie ma jasnej odpowiedzi na bardzo proste pytanie w każdym demokratycznym systemie: na kogo głosować, jeśli chce się wybrać inny rząd? Nie ma alternatywnego gabinetu cieni, nie ma alternatywnego kandydata na stanowisko przewodniczącego Komisji, nie ma alternatywnego programu.

Zasada łącząca oddanie głosu w wyborach z politycznym rezultatem, do której wyborcy są przyzwyczajeni na szczeblu krajowym (a także regionalnym i lokalnym), nie funkcjonuje na szczeblu europejskim. To jest największy deficyt demokratyczny w obecnej Unii!

Rada Unii Europejskiej (składająca się z przedstawicieli rządów) mogłaby być przekształcona w drugą izbę parlamentu, reprezentującą kraje członkowskie, podobnie jak np. w Bundesracie reprezentowane są niemieckie landy. Obecna silna pozycja Rady UE i Rady Europejskiej (przywódcy państw) prowadzi do pogmatwania szczebli rządzenia, politycy narodowi podejmują bowiem najważniejsze decyzje ogólnoeuropejskie. To tak, jakby polskie prawo, budżet państwa i politykę narodową ustalało 16 marszałków województw, a Sejm miał jedynie prawo do zaakceptowania bądź odrzucenia ich postanowień. Tak jak marszałkowie kierują się przede wszystkim interesem wyborców swojego województwa, tak przywódcy narodowi kierują się interesem narodowym, a nie europejskim.

Europa potrzebuje własnych liderów. W ich wykreowaniu mogłaby pomóc dodatkowa ogólnoeuropejska lista wyborcza w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Takie rozwiązanie spowodowałoby, iż debata liderów list toczyłaby się wokół spraw europejskich. Obecnie przy wyborach do PE odbywają się debaty głównie na tematy narodowe. Powstałaby też szansa, aby instytucjami europejskimi kierowali liderzy zwycięskich list, wybrani przez wyborców z powodu siły swych europejskich idei i przekonań, a nie politycy dobierani w zaciszu gabinetów przez ugody między kilkoma najsilniejszymi rządami. To byłby mały kroczek w kierunku lepszej jakości demokracji na poziomie europejskim. Warto rozważyć także inne formy wzmocnienia Parlamentu Europejskiego, np. danie mu prawa inicjatywy prawodawczej.

Należy rozdzielić kompetencje narodowe od europejskich zgodnie z zasadą pomocniczości. Liderzy narodowi nie powinni jednocześnie rządzić Unią, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności przed organami unijnymi. Należy więc ograniczyć rolę wszechpotężnej dziś Rady Europejskiej, w której zasiadają szefowie rządów i głowy państw. Podejmują oni najważniejsze decyzje polityczne dotyczące UE, ale nie mają żadnej legitymizacji demokratycznej na poziomie europejskim.

Europa potrzebuje więcej solidarności wraz z zacieśnianiem unii politycznej i fiskalnej. Polityka spójności powinna być wzmocniona o większe transfery finansowe z regionów bogatszych do biedniejszych, co wiązałoby się ze zwiększeniem budżetu unijnego. W USA, państwie federalnym, takie transfery są wielokrotnie większe niż transfery między państwami Unii.

Budżet europejski powinien być nie tylko większy, ale też oparty na własnych źródłach finansowania. Obecnie głównym źródłem są składki państw członkowskich, co sprawia, że przy ustalaniu każdego budżetu dochodzi do długotrwałych przepychanek na kolejnych szczytach, bo każdy przywódca narodowy chce dać jak najmniej, a otrzymać jak najwięcej, aby wrócić do swego kraju i oznajmić, że wygrał.

+++
W polityce zagranicznej PiS popełnił błąd, biorąc Wielką Brytanię za strategicznego sojusznika i porzucając Trójkąt Weimarski. Potrzebna jest jego natychmiastowa rehabilitacja jako płaszczyzny konsultacyjnej Polski, Niemiec i Francji.

Żeby mieć wpływ na przyszły kształt UE, Polska musi siedzieć przy stole rozmów. Jednak skonfliktowanie się z najważniejszymi graczami temu nie sprzyja. Po opinii Komisji Weneckiej w sprawie sporu o Trybunał Konstytucyjny, o którą rząd sam poprosił, należałoby więc wykonać zalecenia Komisji, zdjęłoby to z agendy spór o respektowanie przez polskie władze zasad państwa prawa. Rząd, który ma problemy z praworządnością, stawia się w fatalnej pozycji wyjściowej w debacie o przyszłości Unii.

Marcin Święcicki, przewodniczący Forum Ruchu Europejskiego, poseł PO na Sejm RP

Artykuł ukazał się w Gazecie Wyborczej, 05.07.2016 r.

 

Czytaj również