Odwrotna strona kwoty wolnej, czyli podarunki kosztem Warszawy

Drukuj

Każdy płatnik podatku dochodowego korzysta z tzw. kwoty wolnej, od której podatku nie płaci. Wynosi ona od sześciu lat 3091 zł. Jest to niewątpliwie jedna z niższych kwot wolnych w państwach europejskich. Rządy PO-PSL powiększały kwotę wolną, ale na każde dziecko, aż do wysokości sięgającej nawet 2700 zł na czwarte dziecko i kolejne. W ten sposób pomaga się rodzinom wielodzietnym, bo wśród nich odsetek ubogich jest największy a im większa liczba dzieci tym dochody na osobę w rodzinie są mniejsze. Jednym z efektów tych działań, jak również podwyższania płacy minimalnej (z 936 zł w 2007 do 1750 zł w 2015 r.), było niewielkie, ale wyraźne zmniejszenie rozpiętości dochodowych w ostatnich latach.

Prezydent Andrzej Duda, a obecnie także Beata Szydło w swej kampanii wyborczej zapowiadają podniesienie kwoty wolnej z 3 do 8 tys. zł. Każdy podatnik by się z tego ucieszył. Problem w tym, że Beata Szydło nie wskazuje wiarygodnych źródeł pokrycia ubytków budżetowych z tytułu podniesienia kwoty wolnej. Szacuje się, że wyniosą one 22 mld zł, z czego połowa dotyczy zmniejszenia wpływów do budżetów samorządowych.

Warszawa z tytułu podatku dochodowego otrzymuje 4 mld zł, co stanowi blisko 30 proc. dochodów miasta ogółem. Podniesienie kwoty wolnej oznaczałoby spadek dochodów o 800 mln zł rocznie. Jest to więcej niż Warszawa wydaje na budowę nowych, remonty i adaptacje wszystkich budynków szkolnych rocznie. Inaczej licząc jest to dwa razy więcej niż cały budżetu kulturalny m.st. Warszawy. Gdyby przyrównać kwotę ubytku do rocznych inwestycji, to trzeba by skreślić blisko 1/3 inwestycji w Warszawie czyli zrezygnować z części obwodnic, spowolnić budowę metra, czy odłożyć zakupy nowoczesnego taboru.

Na bieżące utrzymanie komunikacji miejskiej Warszawa przeznacza rocznie 2,5 mln zł, z czego 816 mln pokryte jest przychodami ze sprzedaży biletów. Gdyby więc Warszawa sama chciała zrekompensować sobie podniesienie kwoty wolnej, to Rada Warszawy musiałaby podwoić ceny biletów na komunikacje miejską. Gdyby rekompensować ubytki z tytułu podniesienia kwoty wolnej podatkiem od nieruchomości, to trzeba by go podnieść w Warszawie, wszystkim w jednym roku, o bagatela 70 proc.

Podniesienie kwoty wolnej bez rekompensat, to powiększenie deficytu budżetu centralnego i katastrofa finansowa dla budżetów samorządowych, w tym warszawskiego. Zapowiedzi nierealnych jest dużo więcej niż tylko podwyższenie kwoty wolnej od podatku. Beata Szydło proponuje: obniżenie wieku emerytalnego – koszt corocznie rosnący aż do 40-50 mld zł w 2040 r., świadczenia 500 zł na każde dziecko poczynając od drugiego – koszt 21 mld zł rocznie, obniżenie VAT-u o 1 pkt proc. – koszt 5 mld zł.

Cały program Beaty Szydło to rozdawnictwo pieniędzy, na które nie ma pokrycia. Jak mawiał laureat Nagrody Nobla Milton Friedman, nie ma darmowych obiadów. Skądś trzeba te pieniądze mieć. Trudno jednak przypuszczać, że fiskus tak dokręci śrubę i będzie tak skuteczny w ściąganiu podatków, że zniknie cała luka podatkowa szacowana na 50 mld zł. Z opodatkowania banków oraz supermarketów, co PiS proponuje, można by zebrać w całej Polsce maksimum 8 mld zł rocznie. Trzeba jednak liczyć się z tym, że banki odbiją to sobie podnosząc opłaty a supermarkety podnosząc ceny.

Przytaczam powyższe liczby, aby unaocznić, jakie straty może ponieść Warszawa przy realizacji populistycznych postulatów. Czy nic więc nie da się zrobić? Da się. Rząd przyjął projekt budżetu, który przedstawia rozsądne wsparcie dla rodzin, emerytów, zapewnia podwyżki dla sfery budżetowej, pielęgniarek, policjantów, itd., a jednocześnie nie demoluje budżetów samorządowych, w tym warszawskiego, i nie wpędza Polski w pułapkę zadłużenia. Prawo budżetowe stanowi, że propozycje rządowe Sejm może zmieniać, ale zawsze musi wskazać pokrycie nowych wydatków przez cięcia innych wydatków lub odpowiednie zwiększenie wpływów podatkowych. Pani Beata Szydło, członek Komisji Finansów, powinna o tym wiedzieć.

Zobacz też: „Szydło fiction

Czytaj również